Halo Hans! czyli Pamiętnik znaleziony w IPN-ie

W workach podrzuconych na kuchennych schodach IPN znaleziono teczkę, która stanowi najstarsze znalezisko dotyczące infiltracji polskiego podziemia zbrojnego przez służby radzieckie. W teczce tej zawarto zeznania niejakiego płk Jabłuszenki, rezydenta radzieckiego wywiadu w okupowanej Warszawie.

Z tych sensacyjnych materiałów wynika niezbicie, że zanim pojawił się agent Wolski, zanim Bierut z Wasilewską rozpoczęli eksterminację AK, zanim do więzień zaczęli trafiać młodzi ludzie marzący o kolejnym Powstaniu Warszawskim, ekspozytura sowiecka działała w Warszawie z rozmachem i niemal jawnie.

Wspomnienia płk Jabłuszenki rzucają też nowe światło na słynnego agenta zwanego J-24. A także jego licznych poprzedników.

Pułkownik Jabłuszenko zainstalował się w Warszawie tuż przed wojną. Zatrudniony jako kelner w knajpie na Powiślu czuł się w Polsce jak w raju. Nie dość, że dostał pracę rezydenta na Zachodzie, w kapitalistycznym kraju, w mieście zwanym Paryżem Wschodu, to jeszcze praca kelnera dała mu niekontrolowany dostęp do trzeciej największej miłości jego życia – po Związku Radzieckim i Stirlitzu - do polskiej wódki, którą cenił jeszcze wyżej niż carską.

Już w 38 roku zwerbował swego pierwszego agenta i dla porządku nazwał go pierwszą literą swojego nazwiska oraz numerem kolejnym czyli pierwszym. W ten sposób pojawił się legendarny J-1.

Agenci Jabłuszenki raczej szczęścia w życiu nie mieli, ginęli często i szybko, więc numeracja żwawo zmierzała do dwucyfrowej. W okresie, gdy głównym agentem warszawskim był niejaki Alfredo Garcia (bohater znanego filmu wojennego w reż. S. Peckinpaha), uciekinier z Hiszpanii, znany w dokumentach jako J-11, wybuchła II wojna światowa, a wraz z nią pojawiły się nowe możliwości. Przede wszystkim w Warszawie pojawił się porucznik Wermachtu Hans Kloss wraz z żoną Hildą, oficerem SS. Był on posiadaczem zadziwiająco słowiańskiej urody oraz wybujałego temperamentu alkoholowego, co szybko sprawiło, że wieczory z Jabłuszenką stały się częstsze i dłuższe od wieczorów z żoną. Niestety, Hans Kloss był ideowym faszystą, nie nadającym się na agenta. Za to w samej Warszawie żyło, zdaniem Jabłuszenki, około 20 kompletnych sobowtórów i stu jedenastu niekompletnych*.

Bez większego więc trudu płk Jabłuszenko zaaranżował romans zaniedbywanej żony porucznika, Hildy, z młodym ambitnym SS-manem z prowincji, majorem Hermannem B. Dobrze uplasowany donos doprowadził do konfrontacji i spoliczkowania Brunnera, a to jako napaść na starszego stopniem zakończyć się musiało zesłaniem na front wschodni. W efekcie Hans Kloss zginął, a Jabłuszenko mógł zacząć rekrutację nowej linii agentów, którzy ze względu na swój prototyp - Edmunda Parszywka czyli J-12 zwani są w historiografii jako Parszywa Dwunastka.

Najobszerniejszy fragment wspomnień Jabłuszenki dotyczy – co najzupełniej zrozumiałe – agenta J-24. Agent ten, bezpośredni następca ideowego komunisty i podwójnego zdrajcy, Jana K., przez wiele miesięcy wymykał się swemu podwójnemu przeznaczeniu czyli śmierci z rąk dobrze poinformowanych faszystów i źle poinformowanych komunistów. Może dlatego, że za radą pewnej zakochanej w nim agentki Czeka przyjął za swój pseudonim lekko zmodyfikowane nazwisko Hans Klopss. Lekkie fałszerstwo w papierach żony plus morze alkoholu sprawiło, że wszyscy zaczęli uważać, że zaginiony na froncie wschodnim, prawdziwy Hans Kloss naprawdę nazywał się Klopss i sfałszował swoje papiery ze wstydu, gdy tylko po pierwszym września dowiedział się o słynnym polskim powiedzeniu „no i klops!”.

Zmiana nazwiska najwyraźniej odwróciła oko Fortuny, wedle celnego określenia agenta Palladasa - „wszetecznicy złośliwie kapryśnej”. Nie jest wykluczone, że pomógł także fakt, że J-24 był w istocie agentem AK udającym agenta AL, który na polecenie Sowietów został uplasowany w Wermachcie, żeby mógł przeniknąć do Abwhery, aby stamtąd przeniknąć do Sowietów, by na ich polecenie ponownie przeniknąć do Abwhery w celu rozpracowywania warszawskiego podziemia AK. Dzięki temu na J-24 nie dybał w zasadzie nikt oprócz kelnerki Marianny, która pod pseudonimem Jasna była jego łączniczką z Kwaterą Główną AK. W istocie jednak Marianna głównie pilnowała swej cnoty, by mógł ów kwiat zerwać w stosownej chwili i zachować na resztę życia J-24. Niestety, J-24 zrywał kwiaty gdzie indziej, a złośliwcy mówili Mariannie, że powinien założyć kwiaciarnię.

Hans Klopss był dość czuły na niewieście wdzięki, zwłaszcza zaś na pewien zapach wyrabiany w tajnej perfumerii pod Pułtuskiem.** Zapach ten szmuglowany po wszystkich krajach Europy sprzedawany był pod wieloma różnymi nazwami, ale w każdej wersji sprawiał, że nosząca go kobieta padała ofiarą oficerskio-wywiadowczej chuci. Perfumy te zwane Margot Noir, Black Maggie, Cziornaja Margarita czy Margrethe Schwarze działały bez pudła. Historycy spierają się tylko dlaczego kobiety, które nosiły te zapachy zawsze ulegały Hansowi, który ich nie nosił. Najpopularniejsze są dwie teorie. Pierwsza z nich, zwana szczególną teorią męskości, głosi, że J-24 wydzielał te same feromony, które powodowały, że kobiety właśnie te perfumy wybierały jako swoje z przebogatej europejskiej oferty zapachowej. Druga – zwana ogólną teorią męskości – twierdzi, że Hans Klopss mógłby mieć każdą kobietę jaką chciał, ale pech dla większości rodzaju kobiecego polegał na tym, że chciał tylko tzw. margerytki.

Wedle wspomnień Jabłuszenki margerytki pojawiały się w we wszystkich społeczeństwach europejskich i wszystkich warstwach społecznych. Treserka tygrysów w radzieckim cyrku, historyk sztuki z Warszawy, agentka brytyjskiego wywiadu w przebraniu zakonnicy, płatna morderczyni z Berlina, śpiewaczka, którą od Marleny Dietrich odróżniały jedynie dłuższe nogi i niższy głos – te wszystkie kobiety wiedzione transeuropejskim magnetyzmem serc prędzej czy później lądowały w barze Kaputa i ramionach Klopssa. Niestety, lądowanie nie było ani miękkie, ani ostateczne. Jeśli wierzyć pamiętnikom Jabłuszenki, żaden romans nie został skonsumowany. Żaden z wyjątkiem romansu z Bertą Strumpfe, która akurat była płatną morderczynią wysłaną z Berlina z rozkazem natychmiastowej egzekucji Hansa Klopssa.

Niezmiernie ciekawe są te rozdziały wspomnień płk Jabłuszenki, w których zajmuje się skomplikowaną sytuacją rodzinną prawdziwego Hansa Klossa. Jeszcze w szkole oficerskiej poślubił córkę swojego feldfebla od musztry, niejaką Brunhildę Zweiheuer zwaną przez wszystkich Hilda Dwie Godziny. Przezwisko to brało się z faktu, że Hilda osiągnąwszy orgazm traciła pamięć dotyczącą tego co się działo przez ostatnie 2 godziny. Jeśli więc sprytny elew poderwał ją w ciągu powiedzmy godziny i spędził z nią w łóżku nie więcej niż następną godzinę – Hilda nie miała pojęcia, że w ogóle z kimkolwiek spała. To pozwalało całej szkole korzystać z uroków Hildy, a Hildzie żyć w przekonaniu, że jest dziewicą o niezwykle bogatej wyobraźni erotycznej. Widząc każdego oficera potrafiła sobie wyobrazić sobie z najdrobniejszymi szczegółami jaki jest w łóżku, będąc jednocześnie przeświadczoną, że nigdy z nim się nawet nie całowała.

Młody Hans Kloss mimo całonocnych starań nie potrafił Hildy doprowadzić do orgazmu, co po pierwsze sprawiało, że Hilda niczego nie zapominała, a po drugie wprawiało Hildę w wyjątkowo zły humor. Obudzony trzaskaniem garnków feldfebel zastał córkę w łóżku z młodym oficerem z zacnej rodziny i mimo protestów Hildy i całego korpusu oficerskiego doprowadził do małżeństwa. W życiu Hildy i korpusu nie wprowadziło to większych zmian – ona nadal nie pamiętała, a oni nadal ograniczali się do dwóch godzin.

Dopiero wojna sprawiła, że Hilda postanowiła stać się kobietą użyteczną dla całej Rzeszy. Wstąpiła do SS, a następnie wylądowała wraz z mężem w Warszawie. The rest is a history – jak mówią starożytni Sowieci. Może warto jeszcze dodać dla czytelniczek płci pięknej parę szczegółów dotyczących mody. Otóż Hilda – na wiele lat przed zespołem YMCA – odkryła, że nic tak dobrze nie pasuje do wysokich obcasów, siateczkowych rajstop i płomiennej czerwieni stringów – jak mundurowy topik i kapelusz w kształcie wojskowej czapki. Krótko mówiąc ulubionym strojem ober Hildy była regulaminowa góra munduru oficera SS skojarzona z niewidocznym pod biurkiem skąpym wystrojem reszty. Ten fakt tłumaczy zresztą czemu większość oficerów zatrudnionych w tej samej jednostce na widok Hildy za biurkiem natychmiast gubiło temperówkę bądź wręcz gumkę myszkę i przez około 2 godziny poszukiwało zguby pod biurkiem szczerze oddanej potrzebom Rzeszy frau Kloss.

Przeprowadzka do Warszawy oraz romans z Hermannem Brunnerem nie bez powodu nazywanym Brudnerem sprawiły, że Hilda znalazła się w swoim żywiole. Wprawdzie Brudner był dosyć konusowaty i jako oficer śledczy i kochanek wyjątkowo mało skuteczny, tym niemniej ich pożycie układało się całkiem całkiem. Przede wszystkim niedaleko swego miejsca pracy odkryli uroczą knajpkę zawsze obficie zaopatrzona w alkohol o dziwnej mocy i wspaniałym aromacie.

Knajpka ta raczej nieprzypadkiem była miejscem pracy kelnera znanego nam skądinąd jako pułkownik Jabłuszenko. Należała ona do słynnego przedwojennego konferansjera znanego jako Esterhazy. W istocie pochodził on wcale nie z arystokratycznej rodziny węgierskiej, lecz z Powiśla i nazywał się Adolf Kaput. Prowadzenie knajpy nur fur Deutsche przy takim nazwisku nie było łatwe, ale Kaput należał do osób przekonanych, że każdą trudność najlepiej pokonać za pomocą podania lepszego niż gdzie indziej alkoholu.

Alkohol zaś miał przedni, własnego wyrobu. Produkował go na zapleczu, które „dziwnym trafem” sąsiadowało z warsztatem samochodowym. Otóż „naprawiane samochody” niejako przy okazji napędzały maszynerię produkującą na skalę przemysłową sławny w całej okolicy samogon. Jedynym kłopotem był fakt, że od czasu do czasu właściciele samochodów odbierali je z warsztatu i wtedy produkcja ulegała wstrzymaniu, co groziło niewyobrażalnymi konsekwencjami. Problem na trwale został rozwiązany wraz z przybyciem do Warszawy niejakiego von Slodovego. Von Slodovy był wcielonym do Wermachtu Ślązakiem o niezwykłej intuicji pozwalającej mu zatrudniać się w charakterze ordynansa u najgłupszego oficera w korpusie. Nic więc dziwnego, że już w dwa tygodnie po przybyciu do Warszawy został ordynansem Brudnera, a w niecały tydzień później na trwale rozwiązał problem Kaputa. Otóż w warsztacie sąsiadującym z knajpą pojawiła się służbowa limuzyna Brudnera. I została tam już do końca wojny. A że nic nie wpływa na jakość produkcji tak jak stabilizacja środków wytwórczych i nitki technologicznej, samogon zwany „limuzynówką” stał się przebojem okupowanej Warszawy.

Przeniesienie Slodovego do Warszawy nie było rzecz jasna przypadkiem. Tak przedsiębiorczy i zapobiegliwy młody człowiek nigdy by sobie nie pozwolił, by coś tak niepoważnego jak III Rzesza samodzielnie decydowało o jego losie. Slodovy w Warszawie miał szwagra. Szwagier z pewnością potrzebował pomocy, a dla Slodovego pomoc rodzinie to rzecz święta.

Siostra Slodovego, Jadzia, bardzo chciała zostać artystką scen warszawskich. Niewątpliwie obdarzona talentem i temperamentem wyruszyła do Warszawy w początkach lat 30-tych przekonana, że zostanie następną Modrzejewską lub przynajmniej Smosarską. Niestety, popyt na sepleniące aktorki mówiące szybko, niezrozumiale i gwarą, nie był w Warszawie zbyt wysoki i mimo silnej motywacji kariera sceniczna siostry Slodovego zakończyła się na pracy garderobianej w teatrze iddish. Właśnie w pracy Jadzia poznała swego przyszłego męża, wirtuoza farbek, pudru i pędzelków, charakteryzatora Mosze Akumulatorskiego.

Miłość do teatru i siebie nawzajem nie kwitła zbyt długo jako że Jadzia oprócz aktorskich ambicji przywiozła także do Warszawy słabe zdrowie i suchoty. Pochowana ledwie rok po ślubie pozostała jednak w wdzięcznej pamięci swego brata, który po wybuchu wojny postanowił uratować swego szwagra.

Przeniesiony do Warszawy dość szybko odnalazł szwagra, a następnie na fałszywych papierach opiewających na nazwisko von Thorgelsund umieścił go jako wartownika w Alei Szucha. Żydowski charakteryzator teatralny ukrywający się jako strażnik w Kwaterze Głównej SS – to było tak absurdalne, że aż genialne w swojej prostocie. Do czasu. Tzn. do chwili, gdy Hilda Klopss zleciła von Thorgelsundowi przesłuchanie świeżo aresztowanego AK-owskiego „bandyty”. Von Thorgelsund oczywiście nie zamierzał bić dzielnego bojownika o wolność naszą i waszą. Zamiast tego dla niepoznaki ucharakteryzował go na ciężko pobitego.

Pech chciał, że w trakcie odprowadzania do celi przesłuchiwanego AK-owca w budynku Alei Szucha pojawił się słynny Smutny, agent AK, który pod pretekstem sprzedaży czekoladek SS-manom, penetrował tajemnice najbardziej ponurego gmachu okupowanej Warszawy. Widok przesłuchiwanego – liczne rany cięte i kłute, ślady po przypalaniu powiek, opuchnięta warga przeszyta sznurkiem itp. itd. – sprawiła, że patriotyczne serce Smutnego przeszył dreszcz. Bez trudu wypytał się, kto przesłuchiwał nieszczęśnika i w ten sposób von Thorgelsund został osądzony przez podziemny sąd i zaocznie skazany na śmierć.

Od tej chwili rozpoczęło się polowanie na naszego, ukrywającego się charakteryzatora, operacja ta znana była w AK-owskich kręgach pod kryptonimem „Huzia na bestię”.

Pamiętniki pułkownika Jabłuszenki są przedmiotem studiów kilku niezależnych zespołów badawczych. Są tak cenne, że coraz to nowi naukowcy ustawiają się w kolejce i zgłaszają nowe projekty badawcze.

I tak np. zespół psychologów z Uniwersytetu Warszawskiego bada wpływ niewielkiego wzrostu Brudnera na jego stosunki z przystojnym Hansem Klopssem. Najnowsza praca zespołu: „Konusowatość a ambicje władcze w Trzeciej Rzeszy” rozchodzi się w licznych kopiach jeszcze przed publikacją.

Zespół historii żywienia postawił ostatnio śmiałą tezę, że tanie wino owocowe nazwano jabcokiem właśnie na cześć Jabłuszenki.

Wreszcie Zespół Badawczy Białych Plam stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że rezydująca w barze Cyganka już w połowie 1943 roku przewidziała: rozpad Związku Radzieckiego (w co oczywiście nie uwierzył Jabłuszenko); zburzenie Muru Berlińskiego (w co nie chciał wierzyć Brudner wysuwając absurdalny argument, że nie można zburzyć muru, który nie został wybudowany) oraz strzelanie władzy komunistycznej do robotników w Polsce (przy licznych okazjach). W to akurat Hans Klopss uwierzył bez trudu i tym ostatecznie zdemaskował się jako fałszywy agent.

Dalsze tajemnice sławnych „pamiętników znalezionych w IPN-ie” w kolejnym odcinku naszej publikacji.

====================================

* Sobowtór niekompletny to wedle oryginalnej terminologii zawartej w pamiętnikach Jabłuszenki sobowtór, u którego co najmniej jedna cecha sprawia, że nie może zostać uznanym za sobowtóra kompletnego. Pamiętniki podają trzy charakterystyczne przykłady: karła o idealnej twarzy Hansa Klossa, ciało Hansa Klossa z twarzą Józefa Wissarionowicza oraz idealną kopię Hansa Klossa w wersji murzyńskiej. Jabłuszenko pracował także nad teorią sobowtóra odwrotnego tj. osoby, u której wszystko, ale to dokładnie wszystko jest kompletnie różne od pierwowzoru. Zdaniem Jabłuszenki różnice potrafią być tak wielkie i uderzające, że ludzie rozpoznają w delikwencie pierwowzór na zasadzie kontrastu. Niestety album ze zdjęciami sobowtórów odwrotnych stanowiący załącznik do pracy teoretycznej Jabłuszenki został zagubiony lub, jak twierdzą niektórzy pracownicy IPN-u, ukradziony. A to z powodu zawierania zdjęcia odwrotnego sobowtóra Władysława Gomułki. Jego twarz stanowi podobno do tej pory największą tajemnicę polskich i radzieckich służb specjalnych. Wbrew plotkom – nie jest to twarz Grażyny Szapołowskiej.


** Jako młody chłopak Hans Klopss spędził jedne wakacje właśnie pod Pułtuskiem i tam, w magazynach perfumerii Suskind, Suskind i Synowie po raz pierwszy dowiedział się, co najpiękniej dają światu kobiety. A że dostał to z rąk (lub raczej ud) młodej Suskindówny (po prawdzie niezbyt młodej, za to niebywale wprawnej i szczodrej), która miała klucz na zaplecze laboratorium papy Suskinda, na zawsze został zmatrycowany zapachem z pewnej fiolki, która pękła aromatycznie, gdy zmęczony seksem na hopaka posadził Suskindównę na nieuprzątniętym stole. Od tej pory zapach z prototypowej fiolki na zawsze skojarzył mu się z tym, co starożytni Rosjanie nazywają the great fucking fuck.

| kategoria: 1. Nowości |

Nie ma komentarzy »

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu.

Dodaj komentarz